Rusko - Obóz pracy
Stalin umarł w Rusku
Na Dolnym Śląsku były cztery stalinowskie obozy pracy dla więźniów. Instytut Pamięci Narodowej opisał pierwszy z nich.
Uwaga! W czasie marszu nie wolno palić, rozmawiać, trzymać rąk w kieszeni. W razie próby ucieczki lub niewykonania rozkazu konwojenci bez ostrzeżenia użyją broni. Zrozumiano?! „Tak jest!”. Kolumna piątkami naprzód marsz. Kierunek Kopalnia Gliny „Stanisław”.
Tę komendę pamięta do dziś. Recytuje ją automatycznie, choć od tamtych dni, kiedy zapadała w mózg codziennie, o 5.30 pod okiem strażników i lufami żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, minęło ponad 50 lat. Recytuje ją w swoim salonie pełnym bibelotów, rodzinnych fotografii, kwiatów, przy stole, na którym na gości czeka patera pełna czekoladek. I kilka dni później, kiedy przekracza bramę dawnego Ośrodka Pracy Więźniów „Jaroszów” w Rusku. Tadeusz Mróz, wrocławski prawnik, w 1952 roku był tu najmłodszym więźniem. Rusko było jednym z kilku miejsc, w których odsiadywał wyrok wydany przez Rejonowy Sąd Wojskowy we Wrocławiu. Osiem lat za zbrojną próbę obalenia ustroju Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej dostał jako szef konspiracyjnej grupy Związek Patriotów Polskich, którą tworzyło sześciu nastolatków. Jeden z nich, jego zastępca, miał 12 lat, kiedy walczył w powstaniu warszawskim. Zbyszek Rożek zmarł trzy lata po wyjściu z więzienia. Miał 25 lat. W śledztwie, w siedzibie wałbrzyskiego UB, odbito mu nerki.
Tadek Mróz w dniu aresztowania, 11 czerwca 1950 roku, miał 15 lat. Ustrój obalał rok, od konspiracyjnego zebrania w zakrystii głuszyckiego kościoła, gdzie z inspiracji księdza Stanisława Żerkowskiego i ojca Jakuba Kołb-Sieleckiego, powstał ZPP, do tego czerwcowego świtu, kiedy dom otoczyli żołnierze KBW, a do mieszkania wpadli ubecy i zaczęli bić mamę, tatę, brata i jego. Jak obalał? Rozrzucając ulotki i przyklejając na murach własnoręcznie zrobione plakaty. Takie zwyczajne, z bristolu, z hasłami napisanymi zwykłymi plakatówkami. „Katyń pomścimy!”.
120 procent normy
4.30 pobudka. Z drewnianych baraków, gdzie na dwupiętrowych pryczach mieściło się do 250 więźniów, szybko do kamiennych koryt ustawionych naprzeciwko murowanego budynku komendantury. Na umycie się nie było dużo czasu. Wody zresztą też nie było. W 1953 roku porucznik Bazyli Andrejko napisał w protokole pokontrolnym dla ministerstwa: „Ośrodek słabo zaopatrzony w wodę. Woda jest tylko rano. Co zaledwie wystarcza do gotowania i umycia rano. Poza tym przez cały dzień brak jest wody”.
Potem śniadanie: 300 gramów razowca i kubek kawy zbożowej. Zbigniew Ulewicz, który w Rusku siedział w 1953 roku za tworzenie młodzieżowego batalionu AK Proletariat, pamięta, że sześć dekagramów kiełbasy lub dwa dekagramy masła przysługiwały tylko tym, którzy pracowali w kopalni.
Wreszcie apel i formowanie kolumny do wymarszu. Bramy były dwie. Przed pierwszą odliczali ich strażnicy. Za drugą żołnierze KBW, z karabinami i psami przy nogach.
Szli do pracy trzymając się piątkami za ręce. W letargu, w półśnie.
To wtedy, w obozie, przekonał się, że można iść śpiąc i spać idąc. I nie myśleć. Bo o czym? O dziewczynie, o domu, o mamie, której cudem udało się dostać do więzienia w przebraniu pielęgniarki, żeby zobaczyć umierającego na gruźlicę syna? Jedyne o czym można było myśleć, to o 120 procentach normy do zrobienia. 10 ton gliny na człowieka w ciągu dnia. I o tym, żeby się w tej glinie nie utopić, kiedy padał deszcz.
Pracowali na dwie zmiany. Sześć dni w tygodniu. Od 6 do 22. Podzieleni na brygady nadzorowane przez cywili. Brygadzista prowadził swoją grupę na ławę gliny. Każda brygada miała na ławie elektryczny wyciąg ze stalową linką, na końcu którego był stalowy pług. Pługiem cięło się glinę na długie prostokątne kawałki, te kilofem na mniejsze, takie po 50 kilogramów. I te kawałki zrzucano do wózków pchanych przez więźniów.
Biała glina, piękna, na porcelanowe filiżanki i talerze do Fabryki Porcelany „Krzysztof” w Wałbrzychu. Szara do Fabryki Wyrobów Ogniotrwałych i Izolatorów w Jaroszowie.
Jeśli brygadzie udało się wykonać normę, więźniowie dostawali groszowe wynagrodzenie. W kantynie mogli kupić za nie cebulę, czosnek, smalec. O listach do rodziny nie było mowy. Od rodziny też nie. Zgodę na widzenie wydawał prokurator. W Rusku siedzieli polityczni.
Ręce do czarnej roboty
Pierwszy Ośrodek Pracy Więźniów powstał w Warszawie w 1948 r. To był pomysł Stanisława Radkiewicza, ówczesnego ministra bezpieczeństwa publicznego. Więźniowie pracowali w rolnictwie i w przemyśle, przy najcięższych i najtrudniejszych pracach dołowych w kopalniach, w kamieniołomach przy kruszeniu i sortowaniu kamienia i przy wydobyciu gliny w kopalniach kruszców.
Do 1950 roku przez warszawski (ok. 3000 skazanych) i inne mniejsze ośrodki przeszło około 10 tysięcy więźniów.
W 1950 r. Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego podpisało porozumienie z resortem surowców mineralnych. Tak powołano do życia ośrodki w Rusku, Wilkowie, Strzelcach Opolskich i Piechcinie.
Kolejne powstawały lawinowo, najwięcej na Górnym Śląsku. W Jelczu przy budowie fabryki samochodów pracowało 3500 więźniów. Najwięcej w jednym miejscu w kraju. Według danych Instytutu Pamięci Narodowej (Tadeusz Wolsza „Sowieckie i polskie obozy w komunistycznym systemie represji”. Spotkanie Klubu Historycznego im. gen. Stefana Roweckiego „Grota”, Warszawa IPN, 24 listopada 2005 r.) pod koniec 1950 roku we wszystkich ośrodkach przebywało około 15 000 uwięzionych. Dwa lata później 28 OPW zapewniających skazanych do pracy w kopalniach zgłosiło do resortu bezpieczeństwa, że potrzebnych jest 15 300 więźniów – górników. Podanie rozpatrzono pozytywnie.
Na początku 1954 r. w kopalniach pracowało 17 690 więźniów, zaś pod koniec tego roku do wszystkich OPW trafiło 23 500 osób (z czego 20 000 pracowało w przemyśle węglowym).
„Organizacja Ośrodków Pracy Więźniów ma na celu zaszczepienie więźniom nawyku do pracy produkcyjnej przez nauczenie ich systematycznej pracy, aby po wyjściu na wolność mogli stać się pożytecznymi członkami społeczeństwa Polski Ludowej” – z instrukcji dyrektora Departamentu Więziennictwa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, 15 stycznia 1951 roku.
Taka cisza na wzgórzach
Trzeba tylko przebić się przez miasto pełne korków. Autostradą na Strzegom z Wrocławia to zaledwie 20 minut. Droga prosta jak z bicza trzasł. Przed oczami powoli zmienia się krajobraz. Łagodne wzniesienia i góry na linii horyzontu. Nawet jeśli to kicz, to i tak piękny. Skręcamy do Ruska. Biednie. Stare domy, niewiele wyremontowanych, zabytkowy kościółek otoczony kamiennym murem i cmentarz, na którym stoi tablica upamiętniająca więźniów OPW. Kluczymy, bo pan Tadeusz nie pamięta drogi do ośrodka.
– Dobrze jechaliście, do kopalni. Tylko tuż przed nią w lewo i do końca mówi łysiejący mężczyzna w swetrze. I dodaje wskazując ręką kierunek: – Ale to już historia. Historia.
Po chwili dojeżdżamy do tej historii. Mijamy bramę kopalni „Stanisław”, niskie bloki (– tu mieszkali żołnierze KBW z rodzinami – mówi Tadeusz Mróz) i sklep spożywczy. Do parterowego budynku otoczonego niskim płotkiem przyklejona jest brama. Taka zwykła, z siatki.
– Tu była wartownia. Poznać po drzwiach, proszę spojrzeć na to okienko w środku. Obóz otoczony był dwoma rzędami drutów kolczastych pod napięciem. No i były wieżyczki wartownicze, wzdłuż betonowej, krótkiej drogi stoją murowane baraki i piękne świerki. W 1965 roku ulokowano tu magazyny Okręgowych Zakładów Centrali Nasiennictwa Ogrodniczego i Szkółkarstwa we Wrocławiu. Po centrali jest tu więcej wspomnień niż po Ośrodku Pracy Więźniów i utworzonym w jego miejsce więzieniu działającym w latach 1960-1965. W dawnych magazynach walają się puste worki, a na ścianach wiszą tabliczki przypominające o bezpieczeństwie i higienie pracy. Jest cicho. O takiej ciszy marzy się w mieście.
– Tu był karcer. Siedziałem w nim miesiąc, kiedy toczyło się śledztwo w sprawie sabotażu. Przyjechała inspekcja z Warszawy, ponoć sam Radkiewicz, Berman i Światło. Poszli do kopalni. Ja byłem na górze, na ławie, a oni na dole. Zerwał się kołowrót, nie wytrzymał obciążenia. Cały ładunek gliny runął na dół, sam ledwo co zdążyłem uskoczyć. W śledztwie uratował mnie inżynier, który zrobił ekspertyzę. Wynikało z niej, że wyłamały się tryby w maszynerii i nie dało się zapobiec wypadkowi – wspomina Tadeusz Mróz.
Kilka lat temu, kiedy Instytut Pamięci Narodowej rozpoczął badanie historii OPW w Rusku, karcer można było poznać po ciężkich, żeliwnych drzwiach. Widać je na zdjęciu w dokumentacji Krzysztofa Szwagrzyka, autora książki o ośrodku. To historyczne zdjęcie, bo drzwi do karceru, tak jak OPW też już nie ma. Ile kosztowały w punkcie skupu, wiedzą tylko ci, którzy je ściągnęli.
Przynajmniej pracę mieli!
Pani Zofia Tawkin z mężem, który dostał pracę w centrali nasiennej, przyjechała do Ruska w 1965 roku. Mieszkanie przy starej wartowni miało być tymczasowe. Są w nim ponad 40 lat, dochowali się wnuków.
– Obóz? A kto wam takich głupot naopowiadał? Wymyślili i robią aferę – denerwuje się trójka mężczyzn przed sklepem. Dwóch z nich siedzi na trawie, na ziemi stoi butelka z nalewką. Podnoszą się, kiedy zaczynamy rozmawiać.
– Polityczni? Jacy polityczni! Bambry wielkie mieli i jeszcze pieniądze dostawali za tę niby ciężką robotę. A dzisiaj co? Pracy nie ma! – irytuje się jeden z nich.
Na drogę wychodzi właściciel sklepu, który tonuje rozmowę. I tłumaczy, że obozu tu nie było. Więzienie i owszem, ale za brzózki ścięte w lesie, za nieoddanie zakontraktowanej świni, a nie za politykę.
– Ja tu siedziałem jako polityczny. Od jesieni 1952 do 1953 roku – spokojnym tonem mówi Tadeusz Mróz. Mężczyźni pod sklepem patrzą z niedowierzaniem na starszego, zadbanego mężczyznę w garniturze.
Że świat nie jest czarno-biały, najlepiej pokazuje zdarzenie, którego świadkiem był Tadeusz Mróz. Był styczeń, może luty 1953 roku. Byli już za bramą, szli w śniegu do kopalni. I wtedy jeden z żołnierzy KBW, którzy ich eskortowali, rzucił karabin i krzyknął: – Nie mogę! Nie chcę! W tej kolumnie jest mój brat!
Kiedy bracia stanęli pośrodku nich w objęciach, wszyscy oniemieli. KBW ze strachu przed buntem więźniów, więźniowie ze strachu przez żołnierzami, że będą strzelać. Ten, który nie chciał eskortować brata, trafił do więzienia.
– Rusko to odkrywanie historii przyznaje Krzysztof Szwagrzyk z IPN-u. On sam, kiedy po raz pierwszy przyjechał do tej maleńkiej miejscowości, kiedy przeszedł bramę z siatki i szedł słuchając opowieści, jak wyglądało to miejsce w początkach lat 50., miał poczucie, że znalazł się w polskim gułagu.
– O ośrodku zapomniano, bo taka pamięć uwiera. Wieś żyła z więźniów, ludzie mieli pracę, dobrze im się powodziło. I tłumaczono im, że skazani są bandytami, ich wrogami. Minęło pół wieku od tamtych lat. To naprawdę bardzo długo i można zdążyć zapomnieć o tym, o czym pamiętać się nie chce – mówi Szwagrzyk, który po pół wieku milczenia historyków o tym miejscu, wydał pierwsze opracowanie naukowe opisujące pierwszy stalinowski obóz pracy na Dolnym Śląsku. W ciągu kilku lat wrocławski IPN zamierza wydać monografię, w której zostaną przedstawione badania dotyczące wszystkich takich ośrodków działających w regionie i na Opolszczyźnie. To ogrom pracy, tym bardziej, że nawet opisane Rusko kryje w sobie zagadki, na które nie zdołano odpowiedzieć. Do tej pory bowiem nie ustalono, gdzie chowano zmarłych więźniów. Świadkowie mówią, że chorych wywożono do Wrocławia. Co się działo potem, nie wiadomo.
Dzisiaj w Rusku zostanie odprawiona msza święta upamiętniająca więźniów ośrodka. Będą na niej między innymi Tadeusz Mróz, Krzysztof Szwagrzyk i Zofia Tawkin. Kto jeszcze przyjdzie na tę uroczystość? •
Katarzyna Kaczorowska - Słowo Polskie Gazeta Wrocławska
źródło wiadomości | http://walbrzych.naszemiasto.pl